O autorze
Zawsze chciałem zajmować się projektowaniem graficznym i uprawiam ten zawód od dwudziestu lat. Projektuję znaki graficzne, okładki książek, identyfikacje wizualne, opakowania, plakaty. Dyplom obroniłem na Wydziale Grafiki ASP w Warszawie w pracowni Macieja Urbańca, mistrza polskiej szkoły plakatu. W pierwszych latach po studiach wraz z przyjaciółmi prowadziłem małą galerię Z.O.O specjalizującą się w grafice i plakacie. Zabrakło nam chyba wytrwalości by przetrwać z tym ambitnym pomysłem wczesny kapitalizm. Potem, wiele lat w sieciowych agencjach reklamowych projektowałem kampanie reklamowe dla największych światowych marek. Założyłem też butik kreatywny Zaraz, w którym m.innymi wymyśliłem nazwę Orlen. Od 2001 jestem dyrektorem kreatywnym i współwłaścicielem Brandy Design, firmy zajmującej się tworzeniem wizerunków firm, marek i produktów czyli tzw.brandingiem. Od klilku lat prowadzę też na Wydziale Wzornictwa pracownię projektowania.

Wesoła świnka i smutna toaleta

Wystawa zakładu fryzjerskiego w małym mieście.Polska.2009
Wystawa zakładu fryzjerskiego w małym mieście.Polska.2009 fot.autor
Wesoła świnka ciesząca się z faktu, że za chwilę zostanie zjedzona? Skąd się to wzięło w reklamach masarni? Moja robocza hipoteza zakłada, że owe „świnki” są swoistym reliktem czasów, gdy „człowiek - brzmiało dumnie” i obowiązywał obraz nas samych jako „naczelnych” władców przyrody, którzy mają prawo eksploatować ją wedle woli.

Ważną częścią komunikacji wizualnej są różnego typu ostrzeżenia, tablice informacyjne, znaki i komunikaty właśnie, nierzadko ręcznie wykonywane przez właścicieli. Okno wystawowe zakładu fryzjerskiego w małym mieście,
z niezmienionymi od 30 lat lat zdjęciami modeli, ręcznie wykonanym zamaszystym liternictwem opowiada i niekiedy zatrzymuje w czasie chwilę, gdy, jak możemy sobie wyobrazić, młody fryzjer, absolwent szkoły fryzjerskiej, odziedziczywszy zakład po ojcu lub wuju, postanowił odświeżyć nieco wystawę. Białe liternictwo zamknięte w łuku, szczelnie wypełniające przestrzeń okna wystawowego jest zapewne efektem umiejętności typograficznych lokalnego mistrza szyldów i zostało zaakceptowane przez właściciela zakładu jako dobrze widoczne i godne jego aspiracji; czerwony komunikat o rodzajach trwałych ondulacji dodano na dowód profesjonalizmu a nowiutkie zdjęcia, będących akurat na topie modelek czy aktorów, jako godne naśladowania wzory modnych fryzur a także znak kunsztu i światowego obycia. Wszystkie elementy razem opowiadają o jego ambicjach i modzie w tamtej chwili, są swoistym znakiem czasu, często w nieuświadomiony sposób więcej mówiące o autorach, ich sposobie myślenia czy estetycznych horyzontach niżby sami oni tego chcieli. Lubię w ten sposób przyglądać się otaczającym nas napisom, szyldom i komunikatom.
Innym ciekawym, proszącym się o analizę przykładem są, nieraz już komentowane, „zadowolone świnki ” i inne zwierzęta idące pod nóż, coraz rzadsze ale wciąż jeszcze obecne, na różnych szyldach, znakach i samochodach producentów mięsa. Wesoła świnka czy kurczak cieszące się z faktu, że za chwilę zostanie zjedzona, czyż to nie perwersja? Skąd się to wzięło? Moja robocza hipoteza zakłada, że owe „świnki” są swoistym reliktem czasów, gdy „człowiek - brzmiało dumnie” i obowiązywał obraz nas samych jako „naczelnych” władców całej przyrody, którzy mają prawo eksploatować ją wedle woli.Ta głęboko utrwalona w naszej świadomości piramida bytów, którą stworzył jeszcze św.Tomasz, dla wielu wciąż jest jedyną obowiązującą wizją świata. Bez niej trudno by zabić kurę na rosół albo karpia na wigilię. Obraz ten się jednak dość szybko się zmienia.Dzięki nauce coraz więcej wiemy o samoświadomości zwierząt i ich cierpieniu. W dobie kolejnych odkryć genetyki, gdy wiemy, ze różnica genetyczna między człowiekiem a szympansem jest niewiele większa niż między białym a czarnoskórym trudno ten obraz prymatu człowieka i wynikających z niego praw, utrzymać.To z kolei łączy się z przedefiniowaniem naszej roli wobec przyrody i jak mniemam, z bardziej pokornym widzeniem nas samych, także na skutek klęsk wszelkiej maści inżynierii społecznych, kryzysów ekonomicznych, rozregulowania klimatu i wymierania gatunków. Słowem, nie dość ,że dystans między nami a resztą świata zwierząt zmniejszył się znacznie to gołym okiem widać, że „Pan Przyrody” sobie nie radzi. U niektórych homo sapiens rośnie zatem nie tylko pokora ale i poczucie odpowiedzialności za wszystkich „braci mniejszych” i za przyrodę w ogóle.
Karpie już tego doświadczają. Coraz częściej rozciągamy na zwierzęta ludzkie normy etyczne. Dlatego pies na łańcuchu razi dziś dużo bardziej niż trzydzieści lat temu. I dlatego dla wielu, uśmiechnięta, uczłowieczona świnia na talerzu jest nie tylko groteskową ilustracją obrazu świata właściciela masarni ale przez tę próbę stworzenia więzi emocjonalnej raczej odstręcza niż zachęca do jedzenia kotleta schabowego.
Mimo to, stary jak świat, zabieg antropomorfizacji, spełnia na ogół jeszcze w komunikacji wizualnej swoją funkcję nawiązania relacji emocjonalnej z odbiorcą. W końcu wszyscy chyba jakoś lubimy uczłowieczać pomagające nam żyć byty z najbliższego otoczenia. Uśmiechnięty samochodzik w znaku myjni czy wesoła strzykawka, choć jako znaki, banalne, cieszą się sympatią, zwłaszcza dzieci. Wesołe pralki i smutne, popsute telewizory też jeszcze mieszczą się w granicach konwencji.
Ale czy możliwe jest nawiązanie więzi z „wściekłą toaletą” niezadowoloną z powodu wrzucania do niej papieru? A taką właśnie miałem okazję w Grecji spotkać.
Trwa ładowanie komentarzy...